Od 1 września 2025 roku polscy uczniowie zasiadają w ławkach z nowym programem nauczania. Ministerstwo Edukacji Narodowej wprowadza dwa nowe przedmioty: edukację obywatelską w szkołach ponadpodstawowych i edukację zdrowotną na wszystkich poziomach (choć ta druga pozostanie nieobowiązkowa). Na pierwszy rzut oka to tylko kolejna korekta techniczna, dodanie kilku godzin do szkolnego planu. W rzeczywistości stajemy przed pytaniem fundamentalnym: jaką szkołę budujemy i jakiego człowieka chcemy wychować?
Szkoła od zawsze była areną sporu między różnymi wizjami przyszłości. To miejsce, gdzie spotykają się marzenia rodziców, ambicje państwa, potrzeby gospodarki i… pragnienia młodych ludzi, którzy w tym wszystkim często pozostają niesłyszalni. Każda zmiana w programie nauczania to nie tylko decyzja o tym, czego się uczyć, ale przede wszystkim o tym, kim mamy się stać jako społeczeństwo.
Fakty – co naprawdę się zmieniło?
Głównym celem edukacji obywatelskiej, jak tłumaczy Ministerstwo, jest „przygotowanie uczniów do świadomego i odpowiedzialnego zaangażowania obywatelskiego w społeczeństwie demokratycznym”. Brzmi pięknie, prawda? Ale co kryje się za tymi słowami?
Edukacja zdrowotna z kolei ma „wyposażyć dzieci i młodzieży w rzetelną wiedzę, umiejętności oraz postawy umożliwiające skuteczne dbanie o zdrowie własne i innych osób”. Znowu – trudno się nie zgodzić. Kto by nie chciał, żeby jego dziecko było zdrowe i świadome?
Rzecz w tym, że diabeł tkwi w szczegółach. Kiedy państwo decyduje, czego uczyć w szkołach, zawsze dokonuje wyboru wartości. Każdy program nauczania zawiera w sobie określoną wizję dobrego życia, właściwych relacji społecznych, pożądanych postaw. Pytanie brzmi: czyja to wizja i kto ma prawo ją narzucać?
Pierwsze reakcje są mieszane. Nauczyciele zastanawiają się, kto będzie prowadzić te przedmioty – czy pedagodzy, psycholodzy, czy może każdy, kto akurat ma wolne godziny? Rodzice dzielą się na tych, którzy widzą w nowych przedmiotach szansę na lepsze przygotowanie dzieci do życia, i tych, którzy podejrzewają próbę indoktrynacji. Uczniowie? Oni, jak zwykle, czekają i patrzą.
Edukacja jako zwierciadło społeczeństwa
Spójrzmy na to szerzej. Szkoła nigdy nie była neutralna – zawsze odzwierciedlała wartości i lęki swojej epoki. W XIX wieku uczono przede wszystkim posłuszeństwa i podstaw czytania, pisania, rachowania. W okresie międzywojennym – patriotyzmu i przygotowania do obrony ojczyzny. W czasach PRL – kolektywizmu i szacunku dla pracy fizycznej. Dziś – przedsiębiorczości i konkurencyjności.
Nowe przedmioty w polskiej szkole nie pojawiły się w próżni. To odpowiedź na konkretne wyzwania: polaryzację społeczeństwa (stąd edukacja obywatelska), rosnące problemy zdrowia psychicznego młodych ludzi (stąd edukacja zdrowotna). Ale czy to odpowiedź właściwa?
Gdy patrzymy na inne kraje, widzimy podobne procesy. Finlandia wprowadzała edukację medialną w odpowiedzi na dezinformację. Niemcy – edukację o demokracji po doświadczeniach z totalitaryzmami. Kanada eksperymentuje z edukacją dotyczącą pojednania po odkryciu masowych grobów w szkołach dla rdzennych mieszkańców.
Każdy kraj odpowiada na swoje demony przeszłości i wyzwania teraźniejszości. Pytanie brzmi: czy polskie demony i wyzwania wymagają akurat takich przedmiotów?
Dlaczego spieramy się o wartości?
Bo edukacja zawsze niesie ze sobą element ideologii – i to nie jest wcale złe. Problem pojawia się wtedy, gdy udajemy, że ideologii nie ma, albo gdy narzucamy jedną jedyną wizję świata.
Weźmy edukację obywatelską. Co to znaczy być „dobrym obywatelem”? Czy to ten, kto słucha władz i przestrzega prawa, czy ten, kto kwestionuje i protestuje? Czy to osoba, która stawia dobro wspólne ponad własne interesy, czy ta, która dba przede wszystkim o siebie i swoją rodzinę? Te pytania nie mają jednoznacznych odpowiedzi, a każda odpowiedź ukrywa za sobą określoną filozofię polityczną.
Podobnie z edukacją zdrowotną. Czy zdrowie to przede wszystkim kwestia indywidualnych wyborów (ćwicz, jedz warzywa, nie pal), czy raczej warunków społecznych (dostęp do opieki medycznej, jakość powietrza, poziom stresu w pracy)? Czy młodego człowieka uczyć przede wszystkim odpowiedzialności za siebie, czy zrozumienia strukturalnych przyczyn problemów zdrowotnych?
Nie ma neutralnych odpowiedzi na te pytania. Każda szkoła, każdy nauczyciel, każdy podręcznik przyjmuje jakieś założenia. Kluczowe jest to, żeby te założenia były transparentne i żeby pozostawiały miejsce na różnorodność perspektyw.
Co mówią filozofowie o edukacji?
John Dewey, wielki amerykański filozof edukacji, twierdził, że szkoła powinna przygotowywać do demokratycznego uczestnictwa w życiu społecznym. Nie chodzi o to, żeby uczyć o demokracji, ale żeby ćwiczyć demokrację – podejmować wspólne decyzje, rozwiązywać konflikty, słuchać różnych punktów widzenia.
Ivan Illich poszedł jeszcze dalej – twierdził, że tradycyjna szkoła jest w gruncie rzeczy narzędziem kontroli, które uczy głównie podporządkowania się systemowi. Jego zdaniem, prawdziwa edukacja powinna być odscentralizowana i samokierowana.
Martha Nussbaum z kolei argumentuje, że edukacja powinna rozwijać przede wszystkim wyobraźnię moralną – zdolność do zrozumienia perspektywy innych ludzi i współczucia dla ich doświadczeń.
Te różne filozofie prowadzą do różnych wniosków na temat tego, czego powinna uczyć szkoła. Czy przygotowywać posłusznych wykonawców, czy krytycznych myślicieli? Czy kształtować solidnych specjalistów, czy wszechstronnych humanistów? Czy budować silną tożsamość narodową, czy kosmopolityczną otwartość?
Czego powinna uczyć szkoła w XXI wieku?
To pytanie, nad którym główkują pedagodzy na całym świecie. Jedne rzeczy wydają się pewne: uczniowie potrzebują kompetencji cyfrowych (bo świat jest coraz bardziej cyfrowy), umiejętności krytycznego myślenia (bo informacji jest za dużo), zdolności do współpracy (bo problemy są coraz bardziej złożone) i elastyczności (bo przyszłość jest nieprzewidywalna).
Ale czy szkoła ma też kształtować światopogląd? Czy ma uczyć konkretnych wartości, czy raczej umiejętności ich wybierania? Czy ma wychowywać patriotów, czy obywateli świata?
W demokratycznym społeczeństwie odpowiedzi na te pytania powinny być rezultatem otwartej debaty, w której biorą udział wszyscy zainteresowani – rodzice, nauczyciele, uczniowie, eksperci, politycy. Niestety, zbyt często decyzje zapadają w gabinetach ministerialnych, bez szerokiej konsultacji społecznej.
Ryzyko instrumentalizacji edukacji
Historia pokazuje, że szkoła może stać się narzędziem manipulacji politycznej. Każdy reżim totalitarny zaczynał od przejęcia kontroli nad edukacją. Dlatego wprowadzenie nowych przedmiotów, szczególnie tych, które dotykają kwestii światopoglądowych, powinno budzić czujność obywatelską.
To nie znaczy, że każda reforma to próba indoktrynacji. Ale znaczy to, że społeczeństwo ma prawo i obowiązek zadawać trudne pytania: Kto napisał te programy? Na jakiej podstawie? Kto będzie je realizował? Jak będziemy sprawdzać, czy służą dobru uczniów, a nie interesom politycznym?
Edukacja obywatelska i zdrowotna mogą być błogosławieństwem dla polskiej szkoły – pod warunkiem, że będą realizowane w duchu otwartości, pluralizmu i szacunku dla różnorodności. Mogą też stać się przekleństwem, jeśli będą narzędziem narzucania jedynej słusznej wizji świata.
Pytania bez łatwych odpowiedzi
Wprowadzenie nowych przedmiotów to fakt – ale prawdziwe pytania dopiero się zaczynają. Jaką szkołę budujemy? Czy taką, która przygotowuje młodych ludzi do samodzielnego myślenia, czy do odtwarzania gotowych wzorców? Czy taką, która szanuje różnorodność światopoglądów, czy narzuca jeden obowiązkowy?
Czy reforma to krok w stronę nowoczesnej edukacji, czy raczej narzędzie polityczne? Na to pytanie będziemy mogli odpowiedzieć dopiero za kilka lat, gdy zobaczymy, jak nowe przedmioty są realizowane w praktyce.
Ostatecznie szkoła powinna odpowiadać nie tylko na potrzeby rynku pracy czy oczekiwania polityków. Powinna odpowiadać na najważniejsze pytanie: jakiego człowieka chcemy wychować? Człowieka wolnego czy posłusznego? Krytycznego czy konformistycznego? Otwartego na świat czy zamkniętego w swojej grupie?
Od odpowiedzi na to pytanie zależy przyszłość nie tylko polskiej szkoły, ale całego polskiego społeczeństwa.
FAQ
Każda edukacja zawiera element ideologii – pytanie brzmi, jakiej i czy jest ona transparentna. Nowe przedmioty mogą służyć rozwojowi krytycznego myślenia, ale mogą też być narzędziem indoktrynacji. Kluczowe jest to, jak będą realizowane w praktyce i czy pozostawią miejsce na różnorodność perspektyw.
Decyzja o nieobowiązkowości wynika prawdopodobnie z kontrowersji wokół niektórych tematów, które może poruszać ten przedmiot. To kompromis między potrzebą edukacji zdrowotnej a szacunkiem dla przekonań rodziców, ale może też oznaczać, że przedmiot nie dotrze do tych, którzy go najbardziej potrzebują.
To jedno z najważniejszych pytań praktycznych. Jakość realizacji zależy przede wszystkim od przygotowania nauczycieli. Bez odpowiednich szkoleń i wsparcia metodycznego nawet najlepsze programy mogą się nie sprawdzić.
Tak, wiele krajów eksperymentuje z edukacją obywatelską, zdrowotną czy medialną. Kluczowe są jednak szczegóły realizacji. Te same nazwy mogą kryć bardzo różne podejścia – od dogmatycznych po krytyczne.
To pytanie kluczowe, na które nie ma jeszcze jasnej odpowiedzi. Skuteczność edukacji obywatelskiej czy zdrowotnej trudno zmierzyć tradycyjnymi testami. Potrzebne będą długoterminowe badania postaw, zachowań i kompetencji uczniów.
Źródła i inspiracje
- Ministerstwo Edukacji Narodowej. (2025). Podstawy programowe do przedmiotów: edukacja obywatelska i edukacja zdrowotna. Portal Gov.pl.
- Dewey, J. (1916). Democracy and Education: An Introduction to the Philosophy of Education. Macmillan Company.
- Nussbaum, M. C. (2010). Not for Profit: Why Democracy Needs the Humanities. Princeton University Press.
- Illich, I. (1971). Deschooling Society. Harper & Row.
- OECD. (2024). Education at a Glance: OECD Indicators. OECD Publishing.
- Apple, M. W. (2019). Ideology and Curriculum. Routledge.





